|
Rugia nas oczarowała
|

Klifowy brzeg wyspy Rugii
|
Minął tydzień, a my ciągle mamy przed sobą widoki
z naszego wyjazdu na wycieczkę do Stralsundu i na Wyspę Rugia. Wyspa RUGIA
nas oczarowała... ale przed nią było miasto Stralsund z pięknymi
zabudowaniami starych uliczek, ogromnym kościołem w którym trwa remont.
Zadziwia nas to wielkie przedsięwzięcie, wszyscy zdajemy sobie sprawę, ile
pracy i nakładów finansowych wymaga przywrócenie dawnej świetności tego
obiektu. W Stralsundzie zwiedziliśmy przepiękne Muzeum Morskie - nasze oczy
mogły z bliska ujrzeć piękny świat podmorski. Duży efekt daje zebranie w
jednym miejscu wszystkiego, co żyje w morzach i oceanach, to że ryby i inne
żyjątka się poruszały - dla oczu ludzi niesłyszących były obrazem
„bajecznym", a te cudne koralowce? - wszyscy stwierdziliśmy, że nawet gdyby
nie było nic innego do zwiedzania w Stralsundzie, to i tak bylibyśmy
zadowoleni po zwiedzeniu tego pięknego 3-pię-trowego muzeum mieszczącego się
w dawnym kościele. Ale do zwiedzania jeszcze było wiele - kościół św.
Mikołaja, nabrzeże portowe z widokiem na ogromną masę jachtów lekko
poruszających się po morzu. Kiedy już dobrze się zmęczyliśmy i zgłodnieliśmy
nadszedł czas na posiłek. W stylowej restauracji z widokiem na morze podano
nam „talerz rybaka", jeśli tak się odżywiają rybacy, to już wiemy skąd mają
siłę do ciężkiej pracy. Na talerzu było kilka rodzajów mięsa i surówek -
najedliśmy się do syta. Jeszcze przejazd ulicami miasta i udaliśmy się do
pensjonatu „IM GRUNEN" na nocleg. Tutaj też niespodzianka - ośrodek
wypoczynkowy położony w ogromnym parku, dużo kwiatów, różnorodnych drzew
dają temu miejscu szczególny urok. Następnego dnia po dobrze przespanej nocy
i obfitym śniadaniu opuściliśmy ośrodek, by pojechać na wyspę Rugia. Z okien
autokaru oglądaliśmy mijane tereny, Pani Ani - pilotka - przekazywała
ciekawe informacje uzupełniane legendami, a tłumacz migał i tak poszerzały
nam się wiadomości. Zainteresował nas aktualnie budowany ogromny most,
którego ukończenie zaplanowano na 2007 r., a którym dojechać będzie można do
krajów skandynawskich. Wróciliśmy myślami do naszej Trasy Zamkowej, dotąd
przez nas podziwianej, ale jak się ona ma do tego mostu? - to po prostu
kolos unoszący się wysoko ponad ziemią. Widzieliśmy stare zamki, chaty
pierwszych osadników pod słomianą strzechą i dużo innych zabytkowych
budowli. Wreszcie dotarliśmy do Narodowego Parku na Rugii, najpierw
zwiedziliśmy muzeum, a potem rozpoczęła się wędrówka schodami w dół na
plażę, by z dołu obejrzeć nie oglądane przez nas nigdy dotąd kredowe białe
klify porośnięte bujną zielenią. Schodziliśmy na dół, nie zastanawiając się,
jak będziemy wracać, bo przecież do pokonania było aż 400 schodów. Plaża,
jakiej nie było nam nigdy dane oglądać, bez piasku, a wszędzie kamyki, duże
i mniejsze przeróżnych kształtów, czyściutkie, aż chciało się je wszystkie
zabrać ze sobą na pamiątkę. Kiedy już nasyciliśmy oczy wspaniała panoramą
uśmiechając się do siebie ruszyliśmy do góry. Oj, rosło ciśnienie, ale
nikogo nie trzeba było holować, każdy wszedł na górę o własnych siłach, co
naprawdę było nie Jada wyczynem. Z radością wsiedliśmy do autokaru, by
chociaż trochę odpocząć, bo to jeszcze nie koniec naszego zwiedzania. Przez
cieśninę pojechaliśmy na półwysep Wittow, stamtąd kolejką turystyczną na
przylądek Arkona, weszliśmy na skały słowiańskiego grodu Światowida.
Widzieliśmy kościółek, o którym legenda głosi, że jest miejscem, w którym
zawarcie związku małżeńskiego gwarantuje szczęśliwe i nierozerwalne pożycie.
Na pamiątkę zawartych ślubów małżeństwa wpisują się na marmurowych płytach.
Niestety nie byliśmy przygotowani na ewentualne ślubowanie, bo nie było
wśród nas pary narzeczonych, a szkoda... Po zbiorowej fotografii przy
pomniku Światowida z góry popatrzyliśmy na spokojny Bałtyk i znowu
wsiedliśmy do kolejki turystycznej.
|

Przy posągu Światowida
|
I tak kończyła się nasza wyprawa, byliśmy zmęczeni,
ale bardzo, bardzo szczęśliwi.
Wspaniałe, że udało nam się zorganizować ten wyjazd,
było wiele wycieczek, oglądaliśmy muzea, kościoły i inne zabytki, ale
takiej, która by nam dostarczyła tyle wiadomości o otaczającym nas świecie
przyrody jeszcze nie mieliśmy. Wdzięczni jesteśmy organizatorom wycieczki,
naszemu szefowi, który zdrowo się namigał, Szczecińskiemu Urzędowi Miasta
oraz MOPR-u, który współfinansował wyjazd, i „Globtourowi", który zapewnił
sprawny wygodny autokar wraz z przemiłym kierowcą, Krystianem, i dzielącą
się z nami swoimi wiadomościami panią Anią - pilotką wycieczki., która
podczas pobytu z nami pojęła naukę pierwszych znaków języka migowego.
Przed nam wycieczka na Bornholm, mamy nadzieję, że
dostarczy nam niemniej miłych wrażeń. A w przyszłości? Może uda nam się
uzyskać dofinansowanie na wycieczkę do Lwowa. Któż z nas mógłby samodzielnie
wybrać się na tak bogatą wycieczkę bez tłumacza języka migowego, oczy by
widziały, ale rozum by nie pojmował, bo przecież ktoś musi nam przekazać, co
widzimy.
Irena Smolińska
7,8/2006
|